niedziela, 1 kwietnia 2012

Witaj na świecie Mała Dziewczynko!

O rety, jak to wszystko opisać. Jak można opisać cud? Brakuje odpowiednich słów :)
Muszę zacząć od soboty, 31 marca. Na wieczór umówiliśmy się z Lejdis z Ogonami. Śmiech aż do łez, żarty, anegdoty, mnóstwo pysznego jedzenia. Oczywiście żart, że zaraz zacznę rodzić ze śmiechu. I niewiele się pomyliliśmy... Bawiliśmy się do 1 w nocy.

O 7 rano obudziło mnie dziwne uczucie.... Pobiegłam do łazienki i wiedziałam, że coś jest nie tak.
Obudziłam T., który delikatnie mówiąc wpadł w panikę:)
Szybko spakowaliśmy torbę. Coś co zastanawia mnie do dzisiaj to mój niewiarygodny spokój. Ja, panikara, histeryczka i furiatka z uśmiechem na ustach chodzę po domu i pakuje najważniejsze rzeczy. Mało tego uspokajam mojego męża - na codzień oazę spokoju.

W szpitalu byliśmy około godziny ósmej. Po niesamowicie długim wypełnianiu wszystkich papieró, po usg i ktg położyłam się na łóżku, dostałam odpwiednie kroplówki. Była godz. 10. Cesarka została ustalona na 12.
Czekamy.
Gdy dziś zastanawiam się nad tym co czułam to na myśl przychodzi mi głównie strach. Modliłam się, żeby wszystko było dobrze. Żeby nie było ani jednego problemu...

W końcu poproszono mnie o przejście do sali zabiegowej. Przejście oczywiście w niemiłosiernie krótkiej, zawiązywanej na plecach koszulce. Beznadzieja.

Położna, która się mną zajmowała, przesympatyczna kobieta działała niesamowicie uspokajająco. Siedziałam na łóżku, na którym miałam za chwilę leżeć:P podłączała mi różne kabelki, diodki, kroplówki. Z zaciekawieniem zauważyłam, że moje serce bije zupełnie normalnie. Na każdym badaniu usg ginek stwierdzał, że się o mnie boi bo tak mi skacze ciśnienie, a tu proszę. Takie zaskoczenie.

I pojawił się on :P anestezjolog. Człowiek, którego zapamiętam na całe życie. Sprawił, że cały czas się śmiałam i że dzięki niemu zawsze będę wspominać dzień porodu z uśmiechem.
Jajcarz, który swoimi żartami o tym, że tak właściwie to on pierwszy raz daje znnieczulenie w kręgosłup, mało tego nie ma instrukcji  pozwolił zapomnieć o strachu.

Nogi odpłynęły, brzuch też, leżę, czekam. Obserwuje bicie mojego i Lenki serca. Wszystko w normie.
Zaczął się zabieg. Zauważyłam, że nade mną wisi niewłączona lampa... Postanowiłam w nią nie patrzeć :P

Kilka chwil później poczułam szarpnięcie, mało tego czułam, że latam po całym łóżku co wydawało mi się niesamowicie śmieszne:) I wtedy  usłyszałam jej płacz.... JEST! jest z nami na świecie moja, nasza córeczka, słyszę ją. Jest 12.35. Waży 3100, ma 52 cm i 9 pkt.

Za moment położna pokazuje mi mój cud. Nie mogłam wziąć jej na ręce więc przyłożyła mi jej policzek do mojego. Ten moment, ta chwila to najważniejszy moment w moim życiu. Cudowne uczucie jej skóry na mojej skórze. Widzę ją, jest ze mną!

Później mała dziewczynka została zabrana do umycia, zważenia itp. Ja byłam w tym czasie zszywana.
Cały czas na twarzy miałam uśmiech, aż mi spadała maseczka tlenowa. To kolejne zaskoczenie z tego dnia. Zawsze byłam pewna, że ze wzruszenia będę płakać. A tu ani jednej łzy nie uroniłam.

Cały czas z malutką był T. Ja spałam jakiś czas. T. przyniósł mi jej pierwsze zdjęcie zrobione komórką.
Później po jakimś czasie przywieźli mi królewnę.
Niesamowite uczucia, niesamowite emocje.

Kochamy Cię!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz